Meczami barażowymi pomiędzy Piastem Gliwice a Jagiellonią Białystok zakończy się piłkarski sezon 2007/2008 w polskiej lidze. Dla warszawskiej Legii sezon ten był bardzo udany, bowiem zespół Jana Urbana wywalczył wicemistrzostwo kraju oraz Puchar Polski. Te wyniki trochę udobruchały stołecznych fanów, którzy już półtora sezonu protestują przeciwko zarządowi klubu oraz właścicielowi – Mariuszowi Walterowi.
Legioniści obrali sobie za cel działania zarządu, które w oczach każdego kibica mogą się wydać żałosne i mające na celu odciąć fanów od zespołu. Mimo tego nie należy mydlić sobie nawzajem oczu, że wszyscy kibice spod znaku czarnej elki to grzeczne aniołki, którym zły zarząd odbiera możliwość wspierania piłkarzy i wrzuca ich do jednego wora z etykietką bandytów i chuliganów. Bo przecież wydarzenia w Wilnie nie były dziełem ludzi, którzy znaleźli się tam całkowicie z przypadku, tak ot, bez celu. Niektórzy legioniści, komentując ruchy ITI ironicznie przypominają, że to wina owianych legendą “bandytów z Wilna”, ale nie ma w tym absolutnie nic śmiesznego – za zadymami w Utrechcie, Wiedniu i stolicy Litwy nie stał święty Mikołaj albo krasnoludki.
Zostawmy jednak legijne spory i przyjrzyjmy się bliżej samemu przebiegowi i genezie protestu. Za czasów komunizmu, fani Wojskowych byli rozpieszczani przez resort, który ‘kolekcjonował’ zdolnych piłkarzy z całej Polski, dzięki czemu za sukcesami Legii mogli stać tacy zawodnicy, jak Kazimierz Deyna, Lucjan Brychczy, Andrzej Buncol, Ernest Pol albo Włodzimierz Smolarek, którzy bronili barw CWKSu “przy okazji” obowiązkowej służby wojskowej. Po upadku PRLu Legii też wiodło się świetnie, kibice także robili co chcieli, nawet gdy Legia zdobywała mistrzostwo Polski w roku 2006 to ITI im zupełnie nie przeszkadzało. Nie przeszkadza im także fakt, że jakby Walter nie przejął klubu, to zadłużoną wówczas Legię spotkałby nie wiadomo jaki los. Nic więc dziwnego, że jak po paśmie sukcesów i sielanki w klubie zaczęło dziać się źle, to kibice od razu zaczęli zachowywać się jak dziecko, któremu zabrano zabawkę.
Ta kwestia sprowadza się do jednego zdania – nie tylko oni mają problemy z zarządem, nie oni pierwsi i nie oni ostatni.
Moim zdaniem fani z Warszawy kierują się w swoim postępowaniu wyłącznie niezmąconym poczuciem własnej niewinności i udawanej bezsilności wobec, w ich oczach, zbrodniczego i chcącego doprowadzić klub do upadku, zarządu. Problem w tym, że szefostwo klubu absolutnie nic nie robi sobie z tego, co sądzą kibice; sytuacja pewnie przez spory okres czasu wcale nie ulegnie zmianie. Sporo wody upłynie w Wiśle, zanim ludzie przestaną zbierać się na stadionie przy ul. Łazienkowskiej 3, śpiewając w liczbie od siedmiu (mecz z ŁKS) do dwunastu (mecz z Lechem) tysięcy “ITI spier!@#$j”, jednocześnie napychając kieszenie znienawidzonego sponsora pieniędzmi z biletów.